Howerla

Tomasz 11 (1)

Gdy pierwszy raz przeczytałem o Czarnohorze, objawiła się w mojej wyobraźni, kraina niewyobrażalnie  dzika, daleka i zapomniana. Ciężko mi było znaleźć jakiekolwiek rzetelne informacje na temat tego pasma, zarówno w internecie jak i w literaturze. Niewiele tego było, o dziwo materiały dotyczące Czarnohory pochodziły najczęściej z czasów II Rzeczpospolitej ( między innymi trylogia Stanisława Vincenza – „ Na wysokiej  połoninie „ ). Z wydawnictw współczesnych duże wrażenie wywarł na mnie album „ Czarnohora. Kraina połonin „. Góry te coraz bardziej zaczęły mnie intrygować, a możliwość wyjazdu w głąb Ukrainy, na Huculszczyznę stawała się czymś zupełnie innym od dotychczasowych wędrówek. Moje pragnienie zdobycia najwyższej góry Ukrainy przerodziło się w konieczność. Postała w mojej głowie myśl: co to za przyjemność posiadać wspomnienia z dotychczasowych wędrówek po Karpatach, jeśli nie poznasz ich najbardziej dzikich, niedostępnych oraz mistycznych zakątków. Zbierając strzępy artykułów na temat tych tajemniczych gór, zbudowałem na ich temat wiedzę pozwalającą na fascynującą podróż w samo serce Huculszczyzny. Oczywiście jak zwykle, moim druhem był Mateusz, bez którego nie wyobrażałem sobie wyjazdu w takie miejsce. Zdecydowaliśmy że dzień rozpoczęcia naszej podróży, przypadnie na 11 czerwiec.  Akurat w tym terminie udało nam się jednocześnie wybrać urlop . Osobiście przebywałem wtedy od kilku dni w Wysowej, małym uzdrowisku w Beskidzie Niskim. Umówiłem się z Mateuszem, że będę na niego czekał na drodze w centrum wsi.

Godzina 5.00 – deszczowy i zimny czerwcowy poranek…Mati zajeżdża autem pod przystanek w Wysowej, gdzie czekam trochę zziębnięty ( pogoda przez trzy dni pobytu w Beskidzie Niskim nie dopisała niestety ), witam się z przyjacielem i wchodzę do auta. Jedziemy drogami górskimi Beskidu Niskiego , a następnie Bieszczadów ku przejściu granicznemu w Krościenku. Aura wciąż nie dopisuje…

Granica  wita nas długą kolejką aut zmierzających podobnie jak my na Ukrainę. Większość samochodów to zużyte Łady, oraz Wołgi. Obywatele Ukrainy wracają do domu, z zakupionym w Polsce towarem. Kolejka z powodu dokładnej kontroli aut, staje się coraz dłuższa, mamy jednak czas aby zamienić złotówki na walutę ukraińską w jednym z kilku kantorów znajdujących się z prawej strony przejścia granicznego. Po dwóch godzinach oczekiwania przekraczamy granicę.  Ukazuje nam się ukraińska, zupełnie inna rzeczywistość. Pierwsze wspomnienie, to tragiczna szosa, pełna dziur oraz kamieni. Ubogie wioski górskie przypominają ponure lata PRL-u w Polsce. Zachwycają jednak drewniane cerkwie z kopulastymi , złoconymi baniami. Mijamy Sambor , Drohobycz , oraz Stryj – dawne polskie miasta , które utrzymane są obecnie w fatalnej kondycji. Oprócz ulic, na których czasem nie doświadczymy już asfaltu ,widzimy osiedla bloków zbudowanych z czasów ZSRR, wyglądają jak prawdziwe slamsy: bród, zaniedbanie, wilgoć . Fatalne oznakowanie dróg, zmusza nas do ciągłego zaglądania na mapę, bądź podpytywania miejscowych o właściwy wybór drogi na skrzyżowaniach. Za Stryjem droga w końcu zdecydowanie się poprawiła, jedziemy w stronę Iwano – Frankowska, dawnego Stanisławowa. Mateusz ogranicza prędkość, widząc co jakiś czas stojący osławiony patrol DAI , czyli ukraińską drogówkę. Słyszeliśmy wcześniej z wielu opowieści o tej „słynnej”  milicji ukraińskiej , której skrót kojarzył się zatrzymanym przez nią podróżnym jako: daj w łapę. Szczęściem nie doświadczamy przykrości użerania się z tą paranoiczną instytucją, dorabiającą sobie drugą pensję kosztem przestraszonych i zdezorientowanych turystów z Polski jak i z zachodu. Przed samym Ivano – Frankowskiem skręcamy w prawo. Została tu zbudowana obwodnica która oszczędziła nam sporo czasu. Samo miasto niewątpliwie warte jest zwiedzenia, jednak nasz czas jest ograniczony. Zmierzamy teraz na południe mijając po drodze Nadwórną oraz Jaremcze, następnie Worochte,  Ardżelużę, oraz pięknie położone Ilczi. Naszym celem dzisiaj, jest Werchowyna czyli dawne Żabie, gdzie zanocujemy w jednym z wielu huculskich gospodarstw agroturystycznych.

DSCN4717

Nasi gospodarze okazali się niesamowitymi i bardzo gościnnymi ludźmi. Uraczyli nas gorącym i pożywnym obiadem. Po długiej i męczącej podróży dania regionalne smakowały wyśmienicie.

Mamy dwa dni na poznanie uroków Czarnohory. Pierwszy dzień to wyprawa do Dżembroni – klasycznej wsi huculskiej. Zawiezie nas tam marszrutka ( ukraiński busik, bardzo tutaj popularny i zarazem bardzo przepełniony i zdezelowany). Trasa wiedzie ku granicy z Rumunią wzdłuż górskiej rzeki zwanej Czarnym Czeremoszem. Krajobrazy jak z bajki połączone z zachmurzonym niebem, tworzą specyficzny klimat. Wokół nieprzebyte lasy, dzika rwąca górska rzeka i drewniane domy sporadycznie ukazujące się na odkrytych wniesieniach.

100_0631

Pojazd skręca w prawo, jesteśmy w Dżembroni.

Idziemy w stronę przełęczy, niedaleko połoniny zwanej Koszaryszcze, tyle bowiem wystarczy nam czasu aby zdążyć przed zachodem słońca na powrót do Werchowyny. Jesteśmy na wysokości niewiele ponad 1000 m n.p.m. Widoki przedstawiają się wyśmienicie.

100_0739

W oddali na horyznoncie, widać słynny Pop Ivan (2022 m n.p.m. ) którego tym razem nie planujemy zdobywać. Mieliśmy wybór pomiędzy Howerlą ( 2061 m n.p.m. ), a Popem. Zdecydowaliśmy się wybrać  najwyższą górę Ukrainy. Stwierdziliśmy, że jeśli będziemy po powrocie czegoś żałować to zdecydowanie bardziej nie wybaczymy sobie tego że nie wejdziemy na Howerlę.

Idziemy wygodnym płajem, mijając od czasu do czasu huculskie grażdże, czyli drewniane chaty tej barwnej grupy etnicznej. Dookoła otaczają nas góry pokryte lasem, nad którym dominuje grań główna Czarnohory, gdzie  znajdują się wszystkie dwutysięczniki tego pasma. Prezentują się stąd również doskonale Góry Chryniawskie – pasmo które oddziela od Czarnohory, Czarny Czeremosz. Na połoninach widać jeszcze gdzieniegdzie stada krów oraz owiec. Był to całkiem niedawno jeszcze, kultowy i codzienny obrazek Karpat Połoninnych . Dzisiaj zwyczaj ten już powoli zanika, nawet w tych dzikich miejscach, w których życie ludzi w dużej mierze pozostaje niezmienione od wieków.

100_0740

Ścieżka prowadzi do doliny. Zejdziemy nią powoli w dół, po czym udamy się piechotą w stronę Werchowyny tą samą drogą, którą przed południem zmierzaliśmy marszrtuką do Dżembroni.

100_0775

O wiele przyjemniej jest wędrować doliną Czarnego Czeremoszu, niż tłuc się po wybojach rozsypującym się wehikułem. Fascynuje nas ten surowy świat, który mamy na wyciągnięcie ręki…mimo to jest on taki odległy i zupełnie nam nieprzystępny. Marsz doliną tej rwącej rzeki trwał około dwóch godzin. Jutro chcemy zdobyć Howerlę, dzisiejszy trening dobrze nam więc zrobi przed jutrzejszym zadaniem.

100_0756

Następnego dnia, największym jednak wyzwaniem była chyba sama podróż do Zaroślaka – bazy wypadowej na najwyższą górę Ukrainy. Otóż nie prowadzi do niej żadna asfaltowa szosa. Czekała na nas piętnastokilometrowa droga leśna, pokryta kamieniami  imponującej wielkości, pełna dziur – grząska i kręta. Oczywiście przed podróżą czytałem o tym mankamencie, Mateusz jednak stwierdził jak zwykle, że jakoś to będzie… i przyznam że jakoś to było rzeczywiście. Droga ta jest opisywana jako trakt tylko i wyłącznie dla aut terenowych, fakt że nie straciliśmy zawieszenia jest więc najważniejszy. Wjeżdżamy do Zaroślaka. Auto stawiamy na małym parkingu i ruszamy aby odszukać punkt, z którego wstąpimy na szlak. Zaroślak jest to miejsce trudne do określenia. Nie jest to wieś ani żadna osada. Figuruje na mapie jako baza wypadowa na Howerlę. Dawniej istniało tu polskie schronisko turystyczne. Po zakończeniu II wojny światowej, gdy ziemie te zostały wcielone do ZSRR, powstała tu w latach 70 – tych tzw. „Wszechzwiązkowa Baza Sportów Olimpijskich”. W czasach obecnych budynek dawnej bazy przemianowany został na Turbazę, czyli po prostu bazę turystyczną. Opinie turystów na temat noclegu w owej miejscu są bardzo negatywne. Myślę że dużo w tym prawdy gdy spoglądam na ten typowo komunistyczny gmach, posępny i bezstylowy. Nie warto jednak zaprzątać sobie nim głowy. Odnajdujemy po chwili ścieżkę oznaczoną zielonym oraz czerwonym znakiem. Będzie to nasz przewodnik w drodze na szczyt. Szlak wiedzie przez fragment naturalnej puszczy karpackiej. W oparach mgły wygląda jak pradawna knieja leśna, której nie dotknęła ludzka stopa. Liczne strumienie przecinające ścieżkę tworzą niezapomniany obraz tej bajkowej atmosfery.

100_0789

Kamienista dróżka wspina się pod górę. Dochodzimy do miejsca w którym kończy się las , a zaczyna  kosodrzewina. Otacza nas wszechobecna mgła, nie widać nic dalej niż na odległość kilku kroków. Gdy po jakimś czasie pojawiło się piętro subalpejskie, czujemy że szczyt Howerli jest tuż tuż , jednak brak widoczności sprawia że brniemy pod górę zdezorientowani. Ciężkie chmury na niebie zlewają się z ostatnim widocznym przez nas punktem. Wygląda to tak, że podążając  za naszym wzrokiem, mamy wrażenie że szczyt już jest na wyciągnięcie ręki, po chwili gdy już jesteśmy w miejscu przed chwilą przez nas widzianym pojawia się kolejny krótki widoczny odcinek szlaku. Przez tę „fatamorganę” mam wrażenie że grupa Ukraińców będąca przed nami uznała pewien punkt za właściwy wierzchołek Howerli. Po zrobieniu kilku zdjęć schodzą w dół, nie jestem jednak pewny, czy to oni się pomylili czy to już rzeczywiście Howerla. Mateusz idący kilkanaście metrów przede mną, dostrzegł jednak niepozorny drogowskaz wbity w ziemię, mówiący że na szczyt pozostało jeszcze około 15 minut. Ukraińscy zdobywcy, dali się więc jednak oszukać  otoczeniu. Szczęśliwi w swej nieświadomości zeszli z powrotem w dół.

100_0809

Zawracanie jednak za nimi i wyprowadzanie ich z błędu nie miało sensu. Zajęło by nam to pewnie dobre pół godziny a musimy też oszczędzać siły, gdyż zamierzamy przy tej fatalnej pogodzie przejść granią główną dość spory odcinek. Howerlę osiągnęliśmy niewiele później

100_0859

Na szczycie zastaliśmy sporą grupę obywateli ukraińskich. Jest bardzo zimno, choć to połowa czerwca. Temperatura oscyluje w granicach zera. Mimo zimna musimy chwilę odpocząć i zjeść coś naprędce. Termos z gorącą herbatą który trzymałem w plecaku również spełnił swoją rolę.

100_0923

Ledwie zdążyliśmy zjeść , doświadczyliśmy chwilowej zmiany pogody. W przeciągu kilku minut powietrze zrobiło się przejrzyste, mgła się rozstąpiła a naszym oczom ukazał się niesamowity widok na całe pasmo Czarnohory. Zdążyliśmy uchwycić ten efekt na kilku fotkach, po czym mgła z powrotem związała przestrzeń otaczającą nas dookoła.

100_0934

Ruszamy dalej, nasza trasa będzie teraz wiodła granią główną. Schodzimy z Howerli we mgle, nie widać nic oprócz kilku metrów wąskiej kamienistej ścieżki. Po dobrym kwadransie chmury rozstępują się ponownie. Zmieniająca się co chwilę sceneria, pozwala na zapamiętanie Czarnohory w różnych fantastycznych odsłonach, kroczymy granią jak we śnie starając się utrwalać w głowie te niepowtarzalne widoki

100_0932Piękno czarnohorskich połonin objawia nam się łaskawie co jakiś czas. Pogoda jednak potrafi tutaj stwarzać niebezpieczeństwo, szlaki nie zawsze są dobrze wyznaczone, a częste zmiany pogody potrafią doprowadzić turystów do zguby. Gdy podczas wędrówki mgła kolejny raz osnuła drogę przed nami, a ścieżka stała się jakby bardziej rozwleczona na grani, zacząłem bardziej przyglądać się otoczeniu. Pamiętałem że na grani głównej znajdują się historyczne słupki graniczne które idealnie biegną wzdłuż grzbietu. Nie widząc chwilami oznaczeń naszego szlaku, kierowałem się tym murowanym przewodnikiem wystającym z pomiędzy kamieni ,co kilkadziesiąt metrów. Słupki te były przed wojną wyznacznikiem granicy między Polską a Czechosłowacją . Tego dnia stały się dla mnie świetnym drogowskazem.

100_0921

Następnym wierzchołkiem który zdobyliśmy tego dnia był Breskuł ( 1912 m n.p.m. ), na szczycie pustki… mgła powróciła.  Wypijamy po kubku herbaty i ruszamy dalej, czas upływa, a przecież bardzo chcemy odnaleźć miejsce gdzie skręcimy w dół ku Zaroślakowi.  Miniemy tam, owiane legendami huculskimi, Jezioro Niesamowite położone na wysokości 1750 m n.p.m.

100_0963

Zanim jednak osiągniemy to miejsce musimy wdrapać się na Dancerz (1848 m n.p.m. ) oraz Turkuł ( 1933 m n.p.m. ). Mgła już do końca towarzyszyć nam będzie podczas wędrówki. Ostatni raz rozstąpiła się przy wejściu na Breskuł. Zrobiło się bardzo zimno i wietrznie, czułem że należy spieszyć się i nie marudzić na szczytach.

100_1014

Turkuł mijamy patrząc wciąż na słupki graniczne. Po zejściu ze szczytu, niewiele dalej odnajdujemy miejsce w którym szlak żółty skręca w lewo. Jest to wyznaczona ścieżka do Zaroślaka. Jezioro niesamowite mijamy nie robiąc przerwy. Czekał nas tutaj najbardziej przykry marsz dnia dzisiejszego. Najpierw rozpadał się deszcz , a chwilę później nasza ścieżka zaczęła zamieniać się w potok. Oznakowanie również w tym miejscu straciło swą jakość, ze względu na brak drzew w tym terenie,  w dodatku kamienie na ścieżce na których mogły znajdować się znaki naszego szlaku, zalane zostały przez strugę wody. Po dwóch godzinach obłędnego marszu w dół, weszliśmy w las, gdzie o wiele łatwiej już było nam się poruszać. Ostatni etap przebiegł dość sprawnie. Wkrótce znaleźliśmy się w Zaroślaku.

Nazajutrz, gdy wracaliśmy do Polski, pogoda pogorszyła się całkowicie. Zdążyliśmy jednak przez te dwa dni doświadczyć wspaniałej, niezapomnianej przygody.

100_0762

Nie wiem jak szybko znajdę się z powrotem w Czarnohorze, wiem jednak, że kolejny przyjazd w te góry postaram się zaplanować na pewno na dłużej. Wspaniale byłoby odbyć wędrówkę całym głównym grzbietem, oraz odnaleźć ukryte w górach małe osady pasterskie które wciąż jeszcze funkcjonują w tej bajkowej krainie połonin

 Tekst i zdjęcia : Tomasz Gołkowski

Jeśli wpis zainteresował Cię, lubisz tematykę Karpat leżących po stronie ukraińskiej kliknij   Tutaj – znajdziesz tam pod tekstem linki do pozostałych relacji dotyczących Karpat ukraińskich. Zapraszam serdecznie.

Share Button

Comments

comments

Tomasz

Tomasz, autor bloga, pochodzący z Podkarpacia miłośnik gór oraz dzikiej przyrody. Naładowany pozytywną energią, trochę szalony, niepokorny globtroter. Interesuje się historią, kulturą i etnografią Karpat. Zwolennik każdej formy turystyki i czynnego wypoczynku, promotor miasta Przemyśl jak i całego Pogórza Przemyskiego. Zaprasza do odwiedzenia swojego bloga, debaty oraz współpracy. Zachęca również do wspólnych organizacji wypraw górskich i wzajemnego dzielenia się wiedzą na tematy związane z turystyką.
Pozdrowienia dla wszystkich ludzi gór a także odwiedzających mojego bloga :)

Może Ci się również spodoba

13 komentarzy

  1. Hemli napisał(a):

    Prawdziwa przygoda 🙂 Dwa dni to faktycznie malutko, ale i tak fajnie, że udało Wam się tam wybrać 🙂 Szkoda, że zasnuło Wam się akurat na Howerli – takie złośliwe są czasem te góry 🙂 Ale z tych paru zdjęć, Czarnohora wydaje się przepiękna. Przypomina mi nieco Niżne Tatry, ale zapewne to tylko pozory.
    Życzę więc Wam jak najszybszego powrotu w zakątki Czarnohory 🙂
    Hemli ostatnio opublikował…Tatrzańskie nowości – świątecznie! 🙂My Profile

    • Tomasz napisał(a):

      Trochę w tym prawdy co do klimatu podobnego do Niżnych Tatr, z drugiej strony Czarnohora ma ten swój grzbiet główny, wybitny z sześcioma dwutysięcznikami dookoła których czuć beskidzkie klimaty. Gorąco polecam Wam pobyt w tych górach, zarówno jeśli chcecie wędrować grzbietem głównym jak i pięknymi dolinami :). Warto również poznać huculskie klimaty. Kultura tych ludzi jest przebogata i bardzo barwna. Życzę Wam abyście i Wy zdecydowali się na podróż w głąb dzikiej Ukrainy:)
      Tomasz ostatnio opublikował…Czarnohora – zdobywamy HowerlęMy Profile

  2. Maria z Pogórza Przemyskiego napisał(a):

    Z wielką przyjemnością przeczytałam Twoją relację z Czarnohory; my byliśmy tylko na Howerli, potem marzyły nam się inne szczyty, ale po ostatnim wyjeździe, i potężnym mandacie dla milicji, a także wspomnienie owych okropnych dziur na drodze odbiera nam dokumentnie chęć wyjazdu; może nie tak, chęci są, bo kraina piękna, tylko te paranoiczne instytucje, jak to fajnie określiłeś, na przejściu i potem w drodze okropnie wkurzają, w tym względzie są bezwstydni; powiem Ci szczerze, że człowiek odzwyczaił się już od takiego traktowania; też wchodziliśmy we mgle, potem na samym szczycie odsłoniły się widoki, aż po Rumunię; czy przy Jeziorku Niesamowitym te różowe plamy to kwitnące różaneczniki alpejskie? moim marzeniem jest zobaczyć je w naturze; pozdrawiam serdecznie.

  3. Tomasz napisał(a):

    Wiesz Mario…teraz chcę po Ukrainie podróżować pociągami oraz marszrutkami. Uważam że kraj jest skomunikowany całkiem nieźle, a na Huculszczyznę dojazd jest całkiem dobry 🙂 Lwów oraz Ivano – Frankowsk posiadają dobre połączenia,a z Przemyśla do Lwowa też dostać się wcale nietrudno. Mam nadzieję że chwilowy gniew z Waszej strony na realia ukraińskie szybko minie i wkrótce zorganizujecie jakąś ciekawą wyprawę. Uważam że raczej jest to Różanecznik Alpejski, dość sporo go było na grani głównej 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂
    Tomasz ostatnio opublikował…Czarnohora – zdobywamy HowerlęMy Profile

  4. bz napisał(a):

    Świetna relacja. Howerla to mój pomysł na 2014. Może skusicie się na powtórkę na początku lipca? Bardzo chciałabym również przejść pasmo Borżawy! Może się uda:) A komunikacja publiczna faktycznie działa prawie bez zarzutu. Moje doświadczenie z tego roku: granicę przekroczyłam pieszo w Medyce. Solo i samotnie dotarłam przez Sambor do Sianek i dalej do Użoka. Od Husnego, grzbietem od Drohobyckiego Kamienia do Pikuja w przygodnym towarzystwie. Zeszliśmy do Biłasawicy. Stamtąd nazajutrz stopem (znów solo i samotnie), albo raczej wieloma stopami do Łumszorów. Noc w namiocie przed granią Połoniny Równej (w przygodnym towarzystwie) i Połonina nazajutrz i zjazd marszrutką do Użgorodu. I tu niespodzianka – to mnie zaskoczyło – brak biletów na pociąg do Lwowa. W polskiej rzeczywistości nie było kiedyś takiej siły, która do pociągu by nie pozwalała wsiąść, (kiedyś, bo teraz to nie wiem), a tu proszę – nie ma biletów. Na autobus też nie ma! Musiałam zanocować w komnacie dla wypoczynku na dworcu kolejowym:) (100UAH), ale solo i samotnie spędzanie nocy w mieście to już byłoby za wiele.

    • Tomasz napisał(a):

      Ukraińskiej rzeczywistości wciąż musimy się uczyć :). Widzę też że odbyłaś w okolicach Sianek podobną wędrówkę do mojej:). Tą granicę w Medyce przekraczałem wielokrotnie:) bo znam te strony doskonale:). Miło mi że tematy ukraińskie nie są Ci obce. Polecam każdemu ten piękny kraj, w którym atmosfera gór to kwintesencja karpackości:). Będziemy więc w kontakcie , bo mamy w planach powrót do Czarnohory. Dzięki z góry za zaproszenie. Mogłaby się w sumie zawiązać niezła ekipka przy dobrych układach.
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. jacek przewodnik świętokrzyski napisał(a):

    Panie Tomku a ja mam dla Pana wielką frajdę kupiłem w Krakowie za 18 zł z watem mapę Czarnohory 1934 rok panoramiczna kolorowa jest cała grań od Stoha po Howerlę i Pietrus jest Żabie . Worochta Tatarów przeł . Tatarska Bukowel coś pięknego rozmawiałem na ten temat ze znawcami sprawy uznali że to wielki rarytas i rzadkość jest to opinia przezesa p.Andrzeja W. od Towarzystwa Karpackiego zrobiłem skan ale tylko połowa mi się zeskanowała dorobię drugą połowę i niech Pan to zamieści tu po tej treści tego artykułu.

  6. bilety lotnicze napisał(a):

    Witam wiedzę że na tym blogu dużo ciekawych miejsc jest opisanych dlatego napewno jeszcze tu zawitam http://bileter24.pl

  7. Panie Tomku ta droga do Żabiego jechałem nią autobusem w sierpniu 2013 roku to niech ją szlak trafi ale jechałem z przewodnikami z całej Polski na Rajdzie Ogólnopolskim aby wysłuchać koncertu Ś.P dzisiaj już Romana Kumłyka multi instrumentalisty . Coś kapitalnego jak zagrał na cymbałach i zaśpiewał po polsku Tam szum Prutu Czeremoszu Hucułom przygrywa mieliśmy łzy w oczach szkoda że Pan nie był u niego zmarł w styczniu tego roku na zawał serca. Pozostawił przepiękne muzeum w domu w którym mieszkał. Jacek

  8. Tomasz napisał(a):

    Panie Jacku 🙂 droga jest jaka jest ale klimatu jej nie brakuje 🙂 co do Romana Kumłyka cóż wielka strata, szczególnie dla huculskiego świata. W muzeum niestety nie byłem. Oczywiście żałuję że nie zobaczyłem na żywo
    Niech spoczywa w pokoju
    Tomasz ostatnio opublikował…Podróż na wschód i spacer po CzarnohorzeMy Profile

  9. Wojtek napisał(a):

    Witam, we wrześniu wybieram się w Czarnohorę i chciałbym zrobić w jeden dzień Howerlę i związku z tym mam pytanie, czy można dojechać samochodem pod sam Zaroślak? Jeśli tak czy to coś kosztuje?
    Z górskim pozdrowieniem
    Wojtek 🙂

    • Tomasz napisał(a):

      Witam
      Można dojechać na siłę, choć odradzam zwykłym autem,szkoda nerwów. Tam była opłata przy wieździe do parku, raczej niewielka. Jeśli nie ma się odpowiedniego auta a nie chcemy ryzykować utraty zawieszenia, jest opcja wynajęcia gruzawika z Werhowyny lub z Worochty. Najlepiej w grupie aby tanio wyszło.
      Pozdrawiam i zapraszam częściej
      Tomasz ostatnio opublikował…Połonina BorżawaMy Profile

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge